Wiersze - Władysław Chwiłkowski | wiersze dla dzieci | wiersze religijne | wspomnienia wojenne

"Moja wojenna tułaczka"


W dniu 1-go września 1939 r. wcześnie rano Niemcy hitlerowskie rozpoczęły agresje na Polskę. Słychać było alarm syren, warkot samolotów i bliskie bombardowania.
Byłem żołnierzem w służbie czynnej. Należałem do obsługi radiostacji taczankowej z zaprzęgiem konnym jako radiotelegrafista. W pierwszych dniach wojny wobec bliskości granicy niemieckiej, zaraz znaleźliśmy się pod obstrzałem wroga od strony Nakła. Niemcy zagrażali nam okrążeniem naszych wojsk, byliśmy więc zmuszeni wycofać się przez miasto Bydgoszcz.
Przedmieścia jak i miasto były opanowane przez dobrze uzbrojone bojówki hitlerowskie cywilne i ostrzeliwały nasze wojska. Musieliśmy z wielkim wysiłkiem torować sobie drogę odwrotu przez miasto Bydgoszcz, a było to w nocy z soboty na niedzielę w dniu 3 września 1939 r. Hitler nazwał ten dzień "krwawą niedzielą".

Pamiętam jak przy ulicy Nakielskiej z dachu kamienicy ostrzeliwał nas ciężki karabin maszynowy. Oddałem strzał z posiadanego karabinu "Mauser" i natychmiast przestał ostrzeliwać.
Obowiązywał stan wojenny i surowo byli karani cywile niemieccy, którzy ośmielali się ostrzeliwać nasze wojsko. Byliśmy w ustawicznym odwrocie, staczając częste potyczki z nowocześnie uzbrojonym i przygotowanym do wojny wrogiem. Brakowało nam doborowej broni, amunicji, w ogóle żywności i odpoczynku. Wróg zaskakiwał nas niespodziewanie lotnictwem, które bezpiecznie panoszyło się w powietrzu, oraz podjeżdżały czołgi. Podwozili swoich żołnierzy samochodami, motocyklami i ostrzeliwali nas automatyczną bronią maszynową, której nam było brak.
Niemcy zagnali na aż za rzekę Bzurę do puszczy kampinoskiej. Tam znalazły się ostatnie rozbite formacje naszej Armii. Do Warszawy drogi były odcięte. Nasz żołnierz powożący taczankę z radiostacją podczas nalotu odjechał i pozostawił cała załogę w lesie i więcej go nie widzieliśmy. Byliśmy zupełnie osłabieni fizycznie, zagłodzeni nie mając od 4 dni żadnego jedzenia, a i poprzednio byliśmy też na głodówce. W ogóle prowiant do nas nie docierał. Oficer dowódca radiostacji odjechał samochodem - rzekomo szukać kwatery i ślad po nim zaginął. Kuchnie polowe zostały ostrzelane z samolotów i zbombardowane zdradzał je dym uchodzący z komina ponad drzewami w lesie.
W puszczy kampinoskiej doszliśmy do pewnej leśniczówki z zamiarem pobrania wody do picia ze studni. Momentalnie nadleciał samolot myśliwski niemiecki i ostrzelał nas. Dwaj żołnierze, którzy pierwsi zbliżyli się do studni zostali ranni. Nas trzech schroniło się pod wielką skarpą i żywopłotem podwórza. Samolot kilka razy okrążył leśniczówkę i stale ostrzeliwał. Zdobyłem się na odwagę i na odlocie posłałem mu kule przeciwpancerną z karabinu "Mauser" na uprzedzenie. Pocisk trafił w podwozie i samolot ze smugą dymu odleciał nisko nad lasem. W puszczy przedzieraliśmy się w kierunku Warszawy. Niestety linie leśne i drogi były już przez Niemców kontrolowane, a w wykopanych wnękach umieścili karabiny maszynowe. Gdyśmy podeszli bliżej, zaraz rozpoczęli strzelaninę. Natrafiłem na takie stanowisko. Całe szczęście, że przed sobą miałem dość grubą sosnę i momentalnie padłem pod drzewo. Gdyby Niemiec wcześniej rozpoczął w moim kierunku strzelanie, to uśmiercił-by mnie od razu. Po chwili była przerwa, gdyż widocznie wystrzelał wszystkie pociski. Żałowałem że nie miałem już granatów. Szybko podczołgałem się do pobliskiego zagajnika i ukryłem pod świerkiem. za chwilę posłyszałem warkot motocykla. Przyjechało dwóch żołnierzy niemieckich. Mieli boczną przyczepkę i wyładowali skrzynkę zapewne z amunicją.
Nieco dalej na tejże drodze wsparty o rower pod drzewem zabity był cywil. Posunąłem się dalej w zagajnik i ukryłem pod świerkiem. Po chwili kilku Niemców weszło do zagajnika na poszukiwanie mnie. Na szczęście obok mnie w oddaleniu zaledwie kilku metrów przeszedł Niemiec w okularach. Rozmawiali głośno i szli w kierunku zachodzącego słońca. W okularach może miał odbicie promieni słonecznych i mnie nie zauważył. Błąkałem się jeszcze po lesie, lecz nie było szansy ani siły do walki. Brakowało amunicji. Głód dokuczał śmiertelnie. Nie miałem siły dalej wlec karabinu.

Będąc bardzo przygnębiony ukryłem się pod młodym świerkiem, aby odpocząć. Po pewnej chwili zauważyłem idących trzech naszych żołnierzy w płaszczach bez pasów i broni. Był to dzień 22 września 1939 roku. Odezwałem się do nich z zapytaniem dokąd idą. Oni zauważyli, że trzymam jeszcze karabin przy sobie, więc krzyczeli do mnie, abym porzucił i ukrył broń, jeśli chce się do nich dołączyć. Myśmy już to uczynili i idziemy w kierunku naszych domów za Poznań. Jeżeli napotkamy niemieckie wojsko, to poprosimy o przepustkę i pójdziemy dalej. Wiedzieli też, że miasto stołeczne Warszawę Niemcy już zdobyli. Pozostawiłem broń i zagrzebałem przykrywając mchem w lesie i przyłączyłem się do nich. Uszliśmy zaledwie kawałek drogi, a naprzeciwko nadjechał samochodem (gazikiem) oficer niemiecki z kierowcą i grożąc bronią zatrzymali nas. Jeden z towarzyszy umiał biegle po niemiecku i prosił dla nas o przepustkę do domu. Oficer odpowiedział, że nie ma takiego uprawnienia, a ponieważ byliśmy wygłodzeni, wskazał nam drogę do kuchni wojskowej, gdzie otrzymamy pożywienie, dalsze wskazówki i odjechał. Doszliśmy na miejsce wyznaczone i otrzymaliśmy trochę chleba i kawę. Niestety nasze chore żołądki po długiej głodówce pokarmu nie przyjęły. Doznaliśmy dotkliwego bólu żołądka. Podoficerowie niemieccy dołączyli nas do grupy innych żołnierzy polskich i zaprowadzili na zbiórkę w trójszeregu przed Kościołem w miejscowości "Kampinos". Przybył tu oficer "żółty essesman" i tłumacz. Wezwał żołnierzy polskich, którzy służyli w formacjach w Bydgoszczy do wystąpienia. Kilku naszych wystąpiło. Nie zorientowany o co im chodzi i stojąc w trzecim szeregu poruszyłem się i chciałem też wystąpić. Natychmiast posłyszałem z boku głos od naszych: "nie wychodź bo źle". Nie wystąpiłem słysząc ostrzeżenie. Oficer zauważył, że poruszyłem się w szeregu i podszedł do mnie. Zapytał gdzie służyłem w wojsku. Odpowiedziałem, że w Toruniu i to mnie uratowało. Umiałem po niemiecku odpowiedzieć, że pierwszego pytania dobrze nie dosłyszałem. Oficer odpowiedział, że mogę pozostać.
Tych wszystkich, którzy wystąpili około 5 zabrali Niemcy do samochodu ciężarowego i pod eskortą wywieźli do pobliskiego lasu. Usłyszeliśmy tylko seryjne strzały z broni automatycznej.

Szczęśliwie uniknąłem haniebnej śmierci. Z tego placu przy eskorcie uzbrojonych żołdaków wyruszyliśmy w kierunku Sochaczewa. W Sochaczewie kuchnia "PCK" podała nam dietetyczne pożywienie w płynie, by podleczyć chore żołądki. Stąd osłabionych zapędzili nas do Żyrardowa i umieścili w obozie jenieckim z drutami, gdzie przebywaliśmy pod gołym niebem do dnia 3-go października 1939r. Byliśmy nie dożywieni, głodni, osłabieni po przebytych marszach i bardzo przeziębieni. Ogłoszono -jak się później okazało fałszywą nowinę - że możemy zapisać się na transport do Poznania i będziemy zwalniani do domu. Zapisywano na listę, a każdy chciał stąd wyjechać. W obozie było bardzo zimno, a spoczywaliśmy na gołej ziemi. Wreszcie wyruszył transport niewolniczy w zamkniętych wagonach towarowych pod eskortš uzbrojonych żołdaków ale nie dojechał niestety do Poznania, lecz skierowany został na Śląsk i dalej przez Drezno aż do Kolonii nad Renem (Koln am khein) Nadrenia. Tamże ulokowano nas w pawilonach powystawowych, a pilnowali nas uzbrojeni strażnicy (Wachmani). Aprowizację przejął początkowo widocznie M.C.K. (Międzynarodowy Czerwony Krzyż), gdyż wyżywienie było względne jak na warunki obozowe. Trwało to jednak zaledwie dwa tygodnie. Stopniowo rozpoczęła się na nowo głodówka. Porcje żywnościowe stawały się coraz mniejsze. Niemcy świadomie nas głodzili. Chcieli nas poprostu przygnębić i upokorzyć, abyśmy stali się zniewoloną siła roboczą.

W połowie października 1939r. otrzymaliśmy pozwolenie na wysłanie pocztówki do krewnych. Zarejestrowany zostałem niewolniczym numerem 1888, a obóz nazwano "Dulag VI F". Pocztówkę wysłałem pod adresem rodziców i otrzymałem wkrótce odpowiedz bardzo skromną ze względu na cenzurę że mieszkają nadal w swoim domu. Rodzice, młodszy brat i siostra są zdrowi. O starszym bracie który jako rezerwista zmobilizowany na wojnę, niestety nie mieli żadnej wiadomości.

Przed dniem 11-go listopada 1939r. ogłoszono wiadomość, że można zapisywać się na roboty. Zgłosiłem się wraz z innymi towarzyszami niewoli. Wywieziono nas do obozu roboczego (Arbeitslager) w miejscowości Fischenich w pobliżu Kolonii. Pracowałem przy wykopywaniu warzyw na polu, sortowaniu na sprzedaż i zakopcowaniu. W dniach 13-go lutego 1940 r. wywieziono nas do innej wioski Fronhoven i pracowałem w gospodarstwie rolnym. W dniu 1-go stycznia 1941r. przydzielono nas do obozu roboczego w wiosce Niedermerz pow. Julich. Pracowałem również w rolnictwie. Pominąłem fakt, że w obozie w Kolonii odebrano nam obuwie, a w zamian otrzymaliśmy wydłubane drewniaki tak zwane "holenderskie klumpy". Do pracy w polu były one niewygodne więc nasi pracodawcy dali nam obuwie zwykłe. Otrzymałem listy od rodziców i czasem paczkę. Starszy brat również dostał się do niewoli i przebywał w obozie roboczym w Saksonii. Ciężko zachorował i zwolniono go do domu, gdzie pozostał do końca wojny. Rodzicom posyłałem po kilkanaście marek oraz tytoń gdyż nie byłem palącym. W pobliskiej wiosce Durwiss skazano Polaka na śmierć przez powieszenie za stosunek z niemiecką dziewczyną. Gestapowiec rozkazał nam, abyśmy wszyscy poszli na to widowisko. Myśmy jednak stanowczo odmówili. Rozłościł się ale odszedł.

W dniu 23 czerwca 1943r. gestapowiec Franke z naszej wioski Niedermerz zabrał nas czterech Polaków na ciężarowy samochód i pojechaliśmy do miasta "Krefeld", które właściwie już nie istniało, gdyż było po nalocie spalone. Samochód zatrzymał się przy altanie na działce podmiejskiej. Gestapowiec podszedł tam i wyszła zapłakana kobieta. Jak się później dowiedzieliśmy, była to jego siostra. Porozmawiali coś ze sobą, a po chwili gestapowiec rozgniewany jak wściekły przyleciał do mnie bo wiedział, że rozumiem po niemiecku, wycelował pistolet do mej piersi i krzyczał: "Das haben eure Kameraden gemacht solche schone Stadt ist ganz wernihctet" (To zrobili wasi koledzy. Takie piękne miasto jest całkowicie zniszczone). Nie widziałem o co konkretnie jemu chodzi i tylko odpowiedziałem: "Ich habedesselbe auch in Warschaugesehen" (ja to samo widziałem też w Warszawie). Na to Niemcowi szok nerwowy ustąpił opuścił broń, schował do kabury i rozkazał nam szybko wynieść uratowane meble z altany i załadować. Nic więcej do nas nie mówił. Zabrał swoją siostrę i pojechaliśmy powrotnie do wioski. Do jego mieszkania wnieśliśmy meble. Następnego dnia zawezwał mnie do siebie i tłumaczył się, że poniosły go nerwy i nie mam się bać tylko pracować i odczekać końca wojny. Siostra powiedziała mu, że dwa samoloty w czasie bombardowania były zestrzelone, a były ze znakami polskimi z załogą z Anglii i dlatego na nas się zdenerwował.
Wy jesteście przecież niewolnikami i nie macie za to winy, a możecie w czasie bombardowania zginąć razem z nami. Dopiero po wojnie w roku 1957 dowiedziałem się z broszurki pt. "Polskie skrzydła nad Anglią" wydanej przez MON, że faktycznie w dniu 22 czerwca 1943 roku dywizjon 300 ciężki, bombowy dokonał nalotu na miasto Krefeld i stracił dwa samoloty.

Często zabierano nas do usuwania gruzów z jezdni po bombardowaniach alianckich samolotów w pobliskich miejscowościach. Widzieliśmy ogrom zniszczeń. Pamiętam jak na wioskę Kirchberg spadło kilka bomb na budynki mieszkalne. Jeden z domów był całkowicie zniszczony, a w piwnicy zginęła cała rodzina 10 osób. Kilka zaledwie metrów od kościoła spadła duża bomba i ugrzęzła w grobie na cmentarzu przykościelnym. Jednak był to niewypał. W dniu 10 lutego 1944 roku ciężko zachorowałem z przeziębienia na grypę i zapalenie ucha. Opanowała mnie wysoka gorączka i bóle głowy. Nie mogłem pracować i nie poszedłem do gospodarza ( Bauera ), a On zgłosił mnie do gestapo. Zabrali mnie i przetrzymywali w areszcie, a wmawiali, że udaję chorego (symuluję) i nie chcę pracować. Żądałem badania lekarskiego i leczenia. Wreszcie przedstawili mnie lekarzowi a był to dr. med. Schroeder a Aldenhoven. Lekarz uznał chorobę i skierował mnie do Zakładu Leczniczego (Gau Meil und Pflegeanstalt) w mieście Duren (Nadrenia). Zachowywałem się spokojnie i poprawnie, a byłem zadowolony, że wydostałem się od brutalnych gestapowców, którzy pobili mnie w czasie przesłuchania w lokalu "Arbeitsamt" w mieście Julich. Na moją prośbę lekarz zakładowy wypisał pozwolenie na urlop wypoczynkowy 14 dni i wyjazd celem odwiedzin rodziny w miejscowości Dąbrowa koło Jastrzębowa gmina Trzemeszno. Wyjechałem w dniu 1 kwietnia 1944 roku. Wówczas były częste naloty aliantów na obszarze całych Niemiec i to nie tylko w nocy, ale również w dzień. Po wielu postojach szczęśliwie dojechałem do rodziców. Mieliśmy sobie dużo do opowiadania. Przed końcem urlopu otrzymałem ostrzeżenie od znajomego, abym niezwłocznie odjechał. Jak się później dowiedziałem, figurowałem na czarnej liście bandyckiej "piątej kolumny" za przynależność do organizacji Przysposobienia Wojskowego "Strzelec". Droga powrotna również była uciążliwa. Częste naloty, postoje pociągów i wychodzenie do tuneli stacyjnych lub do schronów. Widziałem zniszczone częściowo miasta. Miałem okazje zobaczyć pożary w Berlinie. Odczuwałem psychicznie pewną ulgę, że wreszcie wrogi naród niemiecki doświadczy skutki wojny, którą rozpoczął zwycięsko, by mordować i prześladować inne narody. Rozpocząłem nadal pracować u rolnika Imgrunda Meinricha w wiosce Niedermerz powiat Julich (Nadrenia). W obozie wieczorami czytałem gazetę niemiecką i tłumaczyłem kolegom wiadomości frontowe. Dowiedzieli się o tym gestapowcy, aresztowali mnie, pobili i osadzili w celi, grożąc wysłaniem do obozu koncentracyjnego. Po kilku dniach zwolniono mnie - zapewne na interwencję rolnika (Bauera), któremu zależało na robotniku do pomocy w gospodarstwie. Po kilkunastu dniach pracy stan mego zdrowia niestety pogorszył się i lekarz ponownie skierował mnie do tego samego Zakładu Leczniczego w Duren. Był to dzień 26 maja 1944 rok. Trwały częste naloty i wiele godzin musieliśmy przestać w zimnych piwnicach. Wyżywienie było skromne dietetyczne. Przebywałem tamże do dnia 4-go grudnia 1944 roku gdyż wobec zbliżających się wojsk alianckich ewakuowano nasz Zakład Leczniczy w nocy i wywieziono autobusami do miejscowości Dobrzany (Wiesengrund) powiat Mies koło Plizna, położonej w Czechosłowacji zachodniej. W Zakładzie leczniczym podawano pożywienie dietetyczne. Czas dłużył się i wszyscy pragnęliśmy zakończenia wojny. Pielęgniarze przynosili nam papierowe tabliczki z otworkami i luźne małe zatrzaski do spinania, by nas czymś zatrudnić. Pewnego dnia ogłoszono werbunek ochotników do grupy leśnej oraz przyrzekli dodatek aprowizacyjny . Chociaż nie byłem jeszcze dobrze zdrów, to chciałem wychodzić na świeże powietrze. Zgłosiłem się do tej grupy. DO lasu dochodziliśmy po kilka kilometrów i zatrudniono nas przy wycince suchych drzew na opał. Dokuczał nam głód i za zezwoleniem naszego grupowego pielęgniarza wychodziliśmy z lasu po prośbie do pobliskich gospodarzy. Zamieszkiwali tu przeważnie Czesi. Gdy zorientowali się że jestem Polakiem to zaraz wymawiali mi "Zaolzie". Musiałem się tłumaczyć że nam Zaolzie nie było potrzebne. Ówczesny butny rząd polski dał się nabrać na zręczną ,podstępną i fałszywą politykę niemiecką. Niemcom zależało na tym, żeby pokłócić pomiędzy sobą naród polski i czeski. Mogli łatwiej bez oporu zająć Czechosłowację, a później rozprawić się zbrojnie z osamotnioną Polską. Muszę szczerze zaznaczyć, że chociaż o żywność było bardzo trudno, to dzielili się z nami kromką chleba lub darowali nam po parę ziemniaków, które ugotowaliśmy na ognisku w lesie w znalezionym wiaderku. W nocy, a później w dzień były bliskie naloty, oraz ostrzeliwania artyleryjskie i przebywaliśmy w piwnicach. W uszkodzonych budynkach zaraz pracowali murarze i przydzielano na im do pomocy. Urobioną zaprawą żwiru z cementem lub wapnem, oraz cegłą podawaliśmy murarzom. Dwa fronty: wschodni i zachodni przybliżyły się. Wysłałem do rodziców dwie pocztówki w dniach: 17 i 26 stycznia 1945 roku. Poczta zwróciła pocztówki ze stemplem "Zuruck Postperre". Wobec tego miałem pewność, że front wschodni przesunął się do ich miejsca zamieszkania. Ogarnął mnie niepokój o los najbliższych mi osób. Walki frontowe mogły spowodować wiele tragicznych wydarzeń. Szczególnie obawiałem się brutalności niemieckiej. Chodziliśmy nadal do lasu i wycinali drzewo opałowe. Drogi były bombardowane, leżało wiele pojazdów uszkodzonych i zabitych koni. Najbliżej podchodził front amerykański. Coraz głośniejsza była kanonada artylerii i broni maszynowej. Przelatywały samoloty.

Byłem świadkiem ważnego wydarzenia w dniu 8 maja 1945 roku. w godzinach popołudniowych wracaliśmy po pracy z lasu. W pobliżu drogi na placu zauważyliśmy niemieckie wojsko w liczbie dwóch kompanii żołnierzy, ustawionych w trójszeregu wraz z dowódcę oficerem niemieckim. Nie mieli uzbrojenia. Po chwili przyjechał samolot z oficerami amerykańskimi. Wysiedli i odebrali meldunek oficera niemieckiego o poddaniu się i złożeniu broni. Leżała na stosie w oddzielnym miejscu, lecz była widoczna. Oficerowie amerykańscy natychmiast wydali rozkaz swoim żołnierzom, którzy podjechali ciężarówkami, aby tą broń zniszczyć. Widziałem jak żołnierze ci zanieśli do stosu broni kanistry z benzyną, polali i z dala zapalili pociskami. Niemieccy żołnierze posłusznie poddali się do niewoli pod eskortą uzbrojonych Amerykanów, wśród których było dużo Murzynów. Zdumiewające było dla mnie zachowanie się niemieckich żołnierzy. W moim pojęciu zapewne uprzykrzyła im się już od pięciu lat trwająca wojna i poniesione klęski w wyniku walk z wojskami Aliantów. Najwięcej obawiali się Czerwonej Armii, która już blisko podeszła swoim frontem i dlatego woleli dobrowolnie poddać się Amerykanom bez walki. Był to ostatni dzień Drugiej Wojny Światowej, którą rozpoczęły Niemcy Hitlerowskie. W następnym dniu 9 maja 1945 roku nastąpiła kapitulacja dowódca wojsk hitlerowskich i ogłoszono zakończenie morderczej wojny. Nastał "Dzień Zwycięstwa" tak bardzo upragniony po latach okupacji, mordów, prześladowania, poniewierki, niewolniczego oddaństwa po przegranej Wojnie Obronnej we wrześniu 1939 roku. Chociaż przygnębiła mnie długotrwała choroba to jednak jakaś pokrzepiająca nadzieja psychiczna wstąpiła w moje serce i umysł, że wreszcie powróci się do rodzinnych stron i odzyska utracone zdrowie. Odczuwałem nadal częste silne bóle głowy. Pewnego dnia przyszedł do mnie znajomy Rosjanin, który był tutaj również na leczeniu i powiedział, że w pobliskim domu urzędują dwaj komisarze wojenni Amerykanie polskiego pochodzenia. Doradził mi, abym udał się do nich to mnie stąd wydostaną i mogę wracać do kraju. Zaraz do nich poszedłem. Opowiedziałem im po polsku, że w roku 1939 walczyłem z hitlerowskim wojskiem i dostałem się do niewoli niemieckiej i teraz jestem na leczeniu. Zrozumieli wszystko i wspominali, że ich ojcowie wyjechali już dawno ze Śląska, a zamieszkują w Bostonie i zaproponowali mi, abym z nimi też wyjechał, gdyż jest tam dużo Polaków. Niezwłocznie udali się ze mną do dyrektora Zakładu Leczniczego, by uzyskać zwolnienie. Dyrektor nazwiskiem Gotwald odmówił stanowczo zwolnienia. Informował, że pacjenci będą później zwalniani po zawarciu umów międzynarodowych. Po tej odpowiedzi, jeden z komisarzy wyjął z kabury broń i zagroził jej użyciem, gdy dyrektor będzie się upierał. Ten przestraszył się i polecił sekretarce wypisać zwolnienie i wydanie moich zdeponowanych rzeczy (odzieży). Podpisał zwolnienie o treści w języku czeskim. Przebrałem się w przechowywany tutaj mundur polski. Jeden z komisarzy zabrał mnie do samochodu (gazika) i zawiózł do obozu dla obcokrajowców w mieście Pilzno. Było to 30-go maja 1945 roku. W tym obozie przebywałem do dnia 13-go czerwca 1945 roku, a następnie wywieziono nas wszystkich Polaków samochodami ciężarowymi do obozu dla Polaków w miejscowości Stąd. Tutaj sporządziłem dokładną listę przebywających osób, oraz dodatkowo w brulionie wpisałem alfabetycznie wszystkich nazwiska. Po kilku dniach oznajmiono nam, że kto chce wracać do kraju, może zapisać się na transport. Chociaż rozgłaszano propagandę, by na razie nie wracać do kraju, gdyż jeszcze wolnej Polski nie mamy, jednak mnie to nie zrażało. Po przeszło pięcioletniej tułaczce ciągnęła tęsknota i troska o los najbliższych mi osób w Ojczyźnie. W dniu 19 czerwca 1945 r. prawie wszyscy wyjechali transportem kolejowym w wagonach towarowych do Polski. Po tygodniowej podróży przyjechaliśmy do Katowic. Tutaj w biurze dworcowym podawaliśmy swoje personalne dane, następnie wyjechaliśmy do swoich stacji docelowych. Na Śląsku były widoczne zniszczenia wojenne. W dniu 26-go czerwca 1945 r. wreszcie znalazłem się w domu rodzinnym. Była wzruszająca chwila serdecznego powitania i polały się łzy radości ze szczęśliwego powrotu. Wszyscy byli zdrowi i powrócili na swoje gospodarstwo, by pracować w oswobodzonej Ojczyźnie.